Nie uwierzysz, co podróżniczym wyjadaczom przytrafiło się w Amalfi.

Półwysep Amalfitański – punkt obowiązkowy każdej wycieczki do Kampanii. Urokliwie, bajecznie, gorąco, drogo. Czy pośród niemal idealnych okoliczności przyrody coś może pójść nie tak jak się zakładało?

Plan podróży

Już dawno chciałam sprawdzić, czy Półwysep Amalfitański wart jest przebycia w komfortowym samochodzie niekomfortowych 2300 kilometrów. Czy rzeczywiście, jak go opisują, jest nie do opisania. Jako że znajduje się on na południu włoskiego buta, jedyne czego się obawiałam, to sierpniowe upały nie do wytrzymania.

Nadarzyła się okazja, żeby wszystko to sprawdzić. No dobrze, nie tyle okazja, co moje zakomenderowanie, że jedziemy na południe, do Neapolu, na Wezuwiusza, do Positano. Jak zwykle samochodem, jak zwykle pod koniec szkolnych wakacji.

Odwiedziliśmy po drodze ukochane miejsca w Toskanii (Anghiari, Lucignano), po czym pomknęliśmy ku nieznanemu. Długo zastanawiałam się, ile dni przeznaczyć na zwiedzanie Kampanii oraz gdzie najlepiej zanocować. Przyznam szczerze, że wystraszyłam się perspektywy chłodzenia się klimatyzacją samochodową i zarezerwowałam tylko 3 noce w Pompejach.

Dlaczego Pompeje? Nasze podróże samochodowe nauczyły mnie żeby, co jak co, ale odległości pomiędzy włoskimi miastami i miasteczkami dokładnie sprawdzać. Nieraz byliśmy w sytuacji, kiedy chcieliśmy gdzieś dojechać, a nie wiedzieliśmy – jak albo co gorsze – faktyczny czas podróży był szokująco dłuższy niż zaplanowany.

Teraz już wiem, że tak naprawdę niczego nie da się w 100% zaplanować. Pompeje leżą mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Neapolem a Positano. Chciałam zobaczyć i jedno i drugie, nie nadszarpując zbytnio zdrowia i pozytywnego nastawienia reszty rodziny. Obiecałam oczywiście wodę – dużo wody do pluskania.

Pompeje – Sorrento – Positano. Taki był plan…

Sprawa z Positano miała się w ten sposób, że najpierw chcieliśmy pojechać pociągiem do Sorrento, a potem popłynąć statkiem do Positano. Dlaczego nie samochodem?

Oczywiście można, ale w sierpniu, kiedy przypada szczyt sezonu wakacyjnego i dosłownie wszyscy moczą tyłki nad morzem, byłaby to wyprawa dość ryzykowna. Głównie ze względu na ograniczoną ilość miejsc parkingowych i na wspomniane tłumy turystów.

Sorrento
Sorrento
Sorrento

Intuicja mnie nie zawiodła. Już sam zakup biletu na prom był nie lada wyzwaniem. Trzeba pamiętać, iż to, że do kasy sprzedającej bilety Sorrento-Positano ustawi się długa kolejka, nie oznacza, że wszyscy zostaną szybko obsłużeni. Niestety może się też okazać, że w okienku miły Pan nie sprzedaje biletów do Positano, tylko na Capri, a Ty musisz sprytnie zmienić kolejkę.

Wielokrotnie się już przekonałam, że ważniejsze od walizki pełnej ciuchów, na włoskich wakacjach jest: opanowanie, chłodna kalkulacja, pewność siebie i determinacja. Bilety w końcu zakupiłam i ruszyliśmy.

Co to była za podróż! Przy nękającym ciało i duszę upale, wietrzyk znad morza wspaniale chłodził lico. Zachwytu było co niemiara. Pełna rozkosz.

Takim nie płynęłam 🙂

Nie ufaj włoskim marynarzom

Jak zdążyłam się przekonać, nie był to rejs bezpośredni. Zatrzymaliśmy się chyba dwa razy w kolejnych portach, aby wysadzić jednych turystów i zabrać kolejnych. Pan marynarz krzyknął Poitaaaaanoo – co uznałam za następny przystanek – i ruszyliśmy do celu naszej podróży.

Miejsce było naprawdę wyjątkowe. Tłum oczywiście nieprzebrany. Wycieczka za wycieczką pojawiały się nie wiadomo skąd i wypełniały wszystkie nieprzyzwoicie wąskie uliczki.

Właściciele knajpek witali bogatych Amerykanów i Rosjan, a sklepiki wypełnione amatorami limoncello pękały w szwach. Wśród tego tłumu my, zmęczeni upałem, ale szczęśliwi. Podobało nam się w Positano.

Muszę przyznać, że od początku coś mi nie pasowało. Nie potrafiłam jednak wyjaśnić co. Główkowałam cały dzień, co jest nie tak z tym miejscem.

Zjedliśmy świetny obiad, potem deser, napoiliśmy się wspaniałym winem, całość obowiązkowo dopełniliśmy lodami i czas było kończyć amalfitańską przygodę. Dzień się kończył, a bilet powrotny bezlitośnie pokazywał godzinę odpływu naszej łajby.

W końcu przydreptaliśmy na przystań. Zmęczeni, bo nie powiem, że wyczerpani słońcem i chodzeniem przez 6 godzin w upale, ale przy tym szczęśliwi jak dzieci, uzbrojeni w bilety, chcemy się zapakować na prom. Kobieta, która sprawdza bilety patrzy na mnie z niemałym zaskoczeniem. Podsuwam bilety bliżej, napierając na trap, a Pani… w śmiech…

Podróż powrotna do Sorrento

Jesteśmy w Amalfi, a Państwo mają bilety z Positano. Szlag by to trafił! Ale jak to, jakim sposobem, cudem i w ogóle? Obejrzałam się. Cholera, już wiem!

Przecież od początku coś podejrzewałam. To Positano nie wyglądało jak Positano (muszę dodać, że jedyne Positano, jakie do tamtej pory znałam, to uśpione miasteczko – kadr z filmu „Pod słońcem Toskanii”).

Te wszędobylskie magnesy na lodówkę z napisem Amalfi i wygląd wzgórza ciasno upstrzonego uroczymi domkami – całkiem nie jak Positano. No i paragon z knajpy z Amalfi… nic a nic nie podpowiedziało mi, że jesteśmy nie tam, gdzie powinniśmy być.

Robiło się już późno, a do”domu” daleko. Czekała nas podróż (nie wiem czym) do Sorrento, a dalej pociągiem do Pompejów. Ktoś życzliwy podzielił się informacją, że z Amalfi kursują autobusy. Wspaniale, jeszcze Polska nie zginęła… Miny nam jednak zrzedły, kiedy zobaczyliśmy tłum turystów, którzy podobnie jak my, wybrali ten środek transportu.

Włoskie autobusy – ostatnia deska ratunku

Uwierz, iż dostanie się do autobusu (przy założeniu, że wypadałoby wybrać właściwy autobus, tzn. jadący do Sorrento, a nie w kierunku Sorrento) graniczyło z cudem. Oczywiście priorytetem było znalezienie miejsca dla całej naszej trójki. Gdybyś tylko zobaczył jak biegaliśmy od jednego autobusu do drugiego w poszukiwaniu wolnego miejsca… Nie, nie miejsca siedzącego. Jakiegokolwiek miejsca…

Warto też wspomnieć o osobie włoskiego kierowcy autobusu. Statystyczny choć niebanalny Fabrizio – młody, przystojny (wie, że się podoba), nonszalancko podchodzący do wykonywanego zawodu. W nosie ma: ilu pasażerów przewiezie i czy odjedzie o czasie wyznaczonym mu przez rozkład. On ma tylko za zadanie jechać w określonym kierunku.

I stał się cud… Wsiedliśmy… Nawet usiedliśmy. Kierowca dopchnął jeszcze kilka osób „na styk”, zamknął drzwi i ruszyliśmy.

Bossszzzzz, co to była za jazda. Dziękowałam samej sobie, że nie wybraliśmy się do Amalfi/Positano samochodem. Droga kręta, wąska, biegnąca momentami przy urwisku. Nie zliczę, ile razy nasz przystojny Fabrizio użył klaksonu, który miał informować jadących z naprzeciwka (za zakrętem oczywiście), że się zbliżamy.

Jechaliśmy oczywiście w kierunku Sorrento, wysadzając po drodze kolejne drużyny zadowolonych wycieczkowiczów. Dwie godziny achów, echów, ochów i łaaaaaał przy każdym ostrym zakręcie. Jechaliśmy, trzymając się kurczowo pod rękę, momentami z zamkniętymi oczami.

Dzień zakończył się oczywiście sukcesem – wszyscy znaleźliśmy się w swoich łóżkach. Dostaliśmy małą burę od naszej gospodyni, ponieważ zaliczając jeszcze spacer z dworca kolejowego przez całe Pompeje, do hotelu dotarliśmy dobrze po północy.

Puenta? Puenty nie będzie.

Wskazówka:

Zawsze polegaj na swoim instynkcie.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *